30 stycznia 1960
Jedyne o czym w tamtym momencie myślałam było to aby nie umrzeć. Czułam jego oddech na własnej szyi. Słyszałam jego ciężkie kroki które budziły we mnie niepokój. Nie wiem czemu, ale nie bałam się. Nie bałam się śmierci, nigdy się jej nie bałam. Nie chciałam umierać ze względu na nią. Na moją córkę, która mogła się w każdej chwili urodzić. Chciałam ją urodzić, chciałam ją zobaczyć, usłyszeć płacz, przytulić. Byłabym szczęśliwa. Zdawałabym sobie sprawe z tego że moje szczęście nie może trwać długo, ale chociaż te pare ulotnych chwil. Chwile które mogły się stać moją własnością, moimi najlepszymi wspomnieniami.
W każdym razie nie chciałam uciekać od śmierci, chciałam być przez chwilę szczęśliwą matką jeszcze nienarodzonego dziecka.
W pewnej chwili kroki ustały, jego oddech przestał wywierać ciepło na mojej szyi. Stanęłam i wolno tak jakbym chciała wstrzymać czas zaczęłam się oglądać do tyłu. To co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Leżał tam, blady. Jedną rękę trzymał na sercu, drugą wyciągał w moim kierunku jakby chcąc mnie objąć, przytulić, pogłaskać szepnąć słowa pocieszenia. Jego lśniące blond włosy do ramion rozsypywały się po zimnej ziemi pełnej robali różnych maści.
Z moich oczy spłynęły łzy smutku, podbiegłam do ciała moje martwego już chłopaka. Drżącą ręką podniosłam lewą powiekę Antoniego. Martwe, bez wyrazu intensywne oczy bez dna to jedna z rzeczy które zapamiętałam z tamtej przerażającej nocy. Mój ukochany pożegnał się z życiem, uciekając ze mną, chcąc mnie chronić. Uścisnęłam jego lewą dłoń i ostatni raz pocałowałam lekko w lodowate usta. Następnie wyrwałam z jego szyi kieł Ponuraka, który wbił mu Lucyfer podczas walki na miecze. Odrzuciłam go na koniec korytarza i znów zaczęłam biec.
W pewnym momencie i ja zaczęłam słabnąć. Moje zmęczone nogi wygięły się. Upadłam. Moja głowa uderzyła w ścianę wykonaną z czarnego marmuru do robienia nagrobków. Gdy straciłam przytomność ujrzałam długi tunel, niepewnie stąpałam po wilgotnej podłodze. Czułam się taka lekka! Jakbym nagle zaczęła ważyć 1 gram jak nie mniej! Słyszałam niewyraźne szepty. Widziałam rozmazane postaci, od których biła jasność a jednocześnie było w nic coś niepokojącego. Przyglądały się mi swoimi wyłupiastymi oczami, wodziły za mną gałkami ocznymi. Zaczęłam biec. Ujrzałam przeraźliwie białe światło na końcu tunelu. Wtedy nastąpił przegląd wspomnień. Ujrzałam siebie jako małą dziewczynkę, widziałam śmierć babci...
TRZASK!
Potrząsnęłam przecząco głową i wyszeptałam Nie mogę jeszcze umrzeć, nie. Naprawdę nie chciałam jeszcze umierać, chciałam poznać moją małą córeczkę. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Znów te zjawy, teraz byłam zszokowana ich mimikom twarzy. Były bledsze niż wcześniej, usta ułożone były na kształt chaniebnego uśmiechu. Po moich zimnych policzkach zaczęły płynąć łzy. Jak ja mogłam być natyle głupia by zacząć umierać? By wejść do tego tunelu? Przecież mogłam się wcześniej zorientować co jest grane. Tyle razy słyszałam o śmierci od dusz! Tyle razy czytałam o śmierci z Pisma Świętego! Most, tak było to opisane. Nie tunel nie zjawy ale most. Czy ten most mógł być dalej, za tą jasną poświatą?
Byłam pewna że kiedyś jeszcze tam wrócę i przejdę przez portal stworzony dla dusz zmarłych. Wiedziałam że przed tym nie ucieknę, chociaż mogłam umrzeć nie chciałam. Chciałam ją zobaczyć.
Gdy odzyskałam czucie w ciele, od razu otworzyłam oczy. Na ziemi była widoczna krew, a na niej leżało nagie niemowle. Kiedy mogłam urodzić? Pytałam sama siebie. Kto odebrał poród? Rozejrzałam się niepewnie w obie strony by następnie wstać, podnieść dziecko i uciec. Przytuliłam do siebie noworodka i pognałam z nim prosto do domu dziecka. Tam przyjżałam mu się uwarznie. Rude włosy delikatnie okalały pucołowatom twarzyczkę z niebieskimi oczami. Dla mnie lekko one zalatywały zielenią. Pocałowałam je w czułko, położyłam na kanapie i uciekłam jak ostatni tchórz. Obiecałam sobie i Bogu że się nie poddam i nie stchórzę. Zrobiłam to, zasługiwałam na bolesną śmierć. O tak! Boleską śmierć! Położyłam się wyczerpana na podłożu z zielonej trawy i resztek śniegu. Przymknęłam oczy. Znów ten tunel. Zrozumiałam że miałam szanse na danie dziecku spokoju i zdrowi oraz szczęśliwej rodziny. Dotarło też do mnie że właśnie umarłam.
Umieram. Wysapałam, a mój oddech stał się płytki.
Marianna De Slitherin
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz